PRZEPRASZAM że tak długo się nie odzywałam ale po powrocie tyle się działo że pisanie bloga było dla mnie najmniej interesującym zajęciem za co się kajam cały czas. Bo obiecałam sobie kiedyś, że będę go pisać..mimo wszystko. Więc już nadrabiam:
Reakcja hostów? Byli smutni, że wyjeżdżam bo myśleli że przedłużę na kolejny rok ale mogę powiedzieć, że w pełni zaakceptowali to że jadę i nie dali tyłka na sam koniec. A wręcz przeciwnie, zapłacili mi za 2 tygodnie nie wykorzystanego urlopu i nie zapomnieli o moich urodzinach które miałam 3 dni po powrocie do domu. Zachowali się z klasą czego się nie spodziewałam. Byli mili, zaprosili mnie na mecz Red Sox, pytali czy jest jeszcze coś co mogą dla mnie zrobić żeby te ostatnie 2,5 tyg w USA upłynęło mi miło i przyjemnie. Do tego zaproponowali mi pomoc jeżeli będę chciała wrócić do USA do normalnej pracy czyli nie na program au pair ale raczej nie skorzystam.
Ostatnie dni w Stanach były intensywnie spędzone na patrzeniu się na ilość rzeczy do spakowania, wysyłaniu paczek, żegnaniu się ze znajomymi i pracy (gdyż hości chcieli żebym pracowała przez 2 tyg jeszcze). tutaj jeszcze raz należą się wielkie podziękowania Anecie i Kubie za to że ze mną byli, że mnie wspierali. Dzięki Wam przetrwałam.
Po powrocie rozkwitło coś co długo we mnie siedziało a jak się okazało nie tylko we mnie więc teraz spędzam bardzo dużo czasu z pewnym przystojniakiem a już za w sumie chwilę będę to robić codziennie gdyż przeprowadzamy się do Poznania gdzie w październiku wracam na studia -> dyplomację i stosunki konsularne i mam nadzieję, że znajdę też jakąś całkiem znośną pracę.
Jest mega dobrze, nie żałuję, że wróciłam, że zrezygnowałam na 4 miesiące przed końcem. Jest cuuudnie i mogłoby tak już zostać. W końcu czuję się wolnym człowiekiem.
I z perspektywy czasu to każdemu polecam taki wyjazd na tyle na ile chce. Kilka tygodniu, miesięcy, rok albo i dwa. Ja nauczyłam się wiele o samej sobie, doceniłam to na co wcześniej narzekałam i teraz mam do kilku spraw całkiem inne podejście. A szczególnie do spraw dotyczących rodziny.
Wszystkim przyszłym i obecnym au pair życzę cierpliwości, wyciśnijcie ten czas w USA jak cytrynę, nie bójcie się marzyć i idźcie ciągle do przodu nie oglądajcie się wstecz!
Miss you New York!
xoxo
No prosze! teraz to nic, jak tylko spotkać się na kawce w Poznaniu:)
OdpowiedzUsuńCieszę się za Ciebie:)
Fajnie, że u Ciebie wszystko ok, oby tak dalej! ;)
OdpowiedzUsuńPiękna notka. A ja już za 4 dni będę w Stanach...
OdpowiedzUsuńWażne, żeby niczego nie zalowac. Ja też uważam, że choćbym i tydzien miala tam zostać to się będzie "opłacać". Co zobaczę to moje i najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą :) Cieszę się, że Ci się układa!
OdpowiedzUsuńKurczę, aż łezka się zakręciła w oku. Czytałam twoje bloga kiedyś, potem przestałaś. Cieszę się, że odezwałaś się po tym czasie i dałaś znać, co u ciebie. Trzymam kciuki, bo widać, że jesteś szczęśliwa, a to najważniejsze! :)
OdpowiedzUsuńZ klasa sie zachowali ;-) Myśle, ze moze jak kiedys na wakacje badz wlasnie zdecydujesz sie na prace u nich, to warto sie odezwac i co wazne, utrzymywac kontakt ! ;-)
OdpowiedzUsuńKlaudia.
Wow to rzeczywiście się zachowali z megaklasą. Pamiętam, że nei tego się spodziewałaś. Ja kończę pracę za dwa dni i też się tak strasznie cieszę. To prawda, taki wyjazd uczy wiele, zwłaszcza o sobie samym i każdy ma inny czas jaki jest w stanie tu wytrzymać. Ja odbębniłam rok i ani dnia więcej jako au pair! Powodzenia i dzięki raz jeszcze za weekend w Bostonie!:)
OdpowiedzUsuńJa pewnie tez sie opuszcze w czytaniu blogow, co mnie troche martwi bo lubie to robic, a jeszcze mam tyle blogow ktore czytam. Ale pewnie pare blogow zaraz zniknie bo dziewczyny nie beda sie tygodniami odzywac, ja postaram sie raz w tygodniu cos napisac, w ostatecznosci raz na dwa tygodnie. Jakies notateczki bede robic wieczorami w kalendarzu i najwyzej z braku czasu bede moje chaotyczne mysli wrzucac :)
OdpowiedzUsuńwzruszająca troszkę notka :)
OdpowiedzUsuń