poniedziałek, 29 października 2012

Welcome Sandy.

Piszę dopóki jeszcze mam prąd. Wieje niesamowicie, pada niesamowicie i do tego pogarsza się z minuty na minutę. W Bostonie najgorzej ma być między 1-2 czasu polskiego. Mam w pokoju zapasy wody, jedzenia i latarek. Jeszcze wczoraj myślałam, że przesadzają. Sklepy puste, brakowało paliwa na stacjach benzynowych, ludzie masowo wyjeżdżali.. ale dzisiaj jestem przerażona tym co się dzieje.To będzie na prawdę poważny huragan. Chciałam wyjść nagrać filmik ale hości mi kategorycznie zabronili.  Mam pokój na poziomie piwnicy, jeżeli będzie bardzo niebezpiecznie to wszyscy przychodzą spać do mojego pokoju na materacach. Nie muszę wspominać że szkoły pozamykali, większość biur i urzędów również. Jest hardkor a będzie jeszcze gorzej. A największym zmartwieniem moich dzieci jest to czy przez huragan odwołają Halloween? ;D Dobrze, że ja halloweenową imprezę zaliczyłam w sobotę ;D



Na ten wieczór wybrałyśmy The Greatest Bar..niestety wstęp kosztował 25$. To bardzo dużo ale na prawdę było warto! Klub ma 4 piętra, na każdym piętrze inny klimat i inny rodzaj muzyki. Coś niesamowitego. Na dodatek nie było chyba żadnej nie przebranej osoby. Coś niesamowitego. Pierwsze piętro tego klubu wygląda tak:

Nie jest to zdjęcie z Halloween. Nie ma ich jeszcze dostępnych na stronie internetowej.

A jeżeli nie odwołają halloweenowej parady w środę to spędzę prawdziwe, amerykańskie Halloween z trick or treat bowiem w Charlestown odbywa się największa parada w Bostonie a na moim Bunker Hill Monument są koncerty, wszystkie domy dookoła Monumentu w tym mój są otwarte dla każdego! Można coś zjeść i wypić. Moi hości zaprosili około 60 osób z dziećmi ;D Będzie fajnie!

Tymczasem idę zjeść coś ciepłego dopóki Sandy nie odebrał nam prądu jeszcze!

xoxo



piątek, 26 października 2012

Head of the Charles'12

21-22 października odbyła się kolejna edycja wyścigów na Charles River. Dowiedziałam się o tym od hosta, który twierdzi, że to jedna z największych takiego typu imprez na wschodnim wybrzeżu i że warto zobaczyć. Warto było! Udałam się tam z Arlette i jej host dziećmi i host dziadkiem, który jest przecudnym człowiekiem. Dowiedziałam się mnóstwo rzeczy o Bostonie o których w książkach nie piszą. Bardzo ciekawych historii. Host dziadek stwierdził też, że mój angielski jest przecudny i lubi mój akcent brzmiący jak rosyjski ;D









W sobotę wieczór udałam się na imprezę. Miałam do wyboru albo iść na domówkę z Mariettą i Anetą albo z Arlette nie wiadomo gdzie. Z racji tego, że z Arlette zgadywałam się na wspólne wyjście już jakiś czas temu to postanowiłam jej zawierzyć. Co się okazało? Nikt nie był pokrzywdzony bo okazało się, że i Arlette i Marietta miały tą samą imprezę na myśli a dowiedziałam się o tym jak na ów imprezie przypadkiem wpadłam na Mariettę. Była to prawdziwa, porządna, amerykańska impreza..w pakiecie z policją ;D więcej możecie przeczytać NA BLOGU MAMECII
Powrót do domu o 3 i pobudka z samego rana żeby porozmawiać z mamą na Skypie skończyło się tym, że niedziele spędziłyśmy zamulając w centrum handlowym z Arlette i Pauliną.

Wspomniałam w poprzednim poście, że chodzę na siłownię. Zakupiłam kilka niezbędnych rzeczy w Marshallu. Za grosze.










I tak oto zleciał tydzień, dzisiaj piątek..jeszcze 4 h pracy wieczorem i 4 h jutro i znów weekend. Niedługo pojawi się fotka o moim rozkładzie jazdy w tygodniu. Zauważyłam, że ostatnio mi się już w miarę unormował rozkład pracy więc wybiorę ten taki najbardziej typowy z dopuszczalnymi odchyłami. 

xoxo

środa, 24 października 2012

Plymouth and Providence.

Witam wszystkich ;) czemu akurat wybrałyśmy się tam? Bo to dosyć blisko, jest tam pięknie no i Uniwersytet Browna. Kiedy? 13. września. Więc już widać, że mam zaległości na blogu co postaram się nadrobić ale szczerze mówiąc często siadam z zamiarem napisania notki ale tutaj ktoś zadzwoni na Skype, tutaj stwierdzę, że może obejrzę coś i się wyluzuję a od poniedziałku chodzę na siłownię i zamierzam spędzać tam każdy wolny czas w tygodniu bo po pierwsze jest to blisko więc akurat jeżeli mam przerwę w pracy albo kończę o w miarę przyzwoitej godzinie to jest to dobry sposób na poprawę humor.. po drugie chciałam robić coś tylko dla siebie, a siłownia i ćwiczenia są właśnie takim rodzajem aktywności z korzyścią tylko dla mnie. Więc generalnie ciężko pisać coś na bieżąco. 












Z samego Providence nie mam dużo zdjęć bo dotarłyśmy tam jak już było ciemno i zaczęła rozkładać mnie choroba więc w sumie marzyłam o tym żeby wrócić do łóżka . Ale na pewno tam wrócę bo jest tam pięknie! I nie dziwie się, że Serena chciała tam studiować! Kampus Browna podoba mi się 100 razy bardziej niż kampus Harvardu. Jest tam cuuuudnie <3

Prywatnie u mnie lepiej. Z moją małą E. też lepiej. No i zbliża się Halloween.. ciągle się waham.. piratka czy czarownica? ;D Poradźcie coś bo w sobotę muszę kupić jakiś strój! ;)

xoxo

sobota, 20 października 2012

Uczyń bym była z kamienia...bym z kamienia była znów!

Tak, w zeszłą niedziele miało być o sobotniej wycieczce do Plymouth i Providence, o odwiedzinach Uniwersytetu Browna ale nie było. W niedziele doszły do mnie bardzo złe wieści z Polski. Bilet był już prawie kupiony. Do tej pory ciężko mi się pozbierać a jeszcze moja mała E. jakby chciała mi dokopać w tym tygodniu. 

Nigdy nie będę w stanie pojąć, po prostu jestem na to za głupia i mój mały mózg nie ogarnia tego co może skłonić 20 letniego chłopaka do odebrania sobie życia? :( Tak, w mojej rodzinie stało się coś drastycznego. Syn partnerki mojego ojca popełnił samobójstwo. Co się stało? Tylko on zna odpowiedź na to pytanie.. Uważam, że to straszne ale również bardzo egoistyczne. Zostawił swoją mamę samą, był jej jedynym synem. Po prostu...brak mi słów. 

Powiedzieli mi to dzień po pogrzebie. Na to też byłam zła. Ale doszli do wniosku, że moje życie musi się toczyć dalej, jestem tutaj i to jakbym wróciła niczego by już nie zmieniło..że musza się uporać z tym sami. Wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Że oni są tam razem, wspierają się.. a ja walczę z tym tutaj..sama!

To był ciężki tydzień. Nadszedł weekend. Wiem, że może nie wypada ale zamierzam się wyluzować, więc idę potańczyć. Muszę. Przepraszam. 




Zdjęcia z Plymout, Providence i dzisiejszych regat w Bostonie zamieszczę w następnym poście.

Mamo - kocham Cię!

środa, 10 października 2012

The first month in the U.S..

Dzisiaj mija dokładnie miesiąc od przylotu do USA. To niewiarygodne jak ten czas szybko leci. Co się wydarzyło przez ten miesiąc? Poznałam Boston na tyle, że nie boję się sama po nim jeździć, metro nie ma przede mną żadnych tajemnic. Wiem gdzie znaleźć swoje ulubione sklepy, gdzie zapisać się na kurs. Mam swoje ulubione miejsca do których wracam mimo, że nie ma tam nic ciekawego. Była u mnie w odwiedzinach Ania, Paulina.. Mój angielski zauważalnie się poprawił, praca stała się nudną monotonią a to dopiero minął miesiąc.. Ciekawa jestem co przyniosą kolejne miesiące? 

Dalej nie zmieniłam swojego zdania, że to życie od weekendu do weekendu mimo, że staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę podczas dnia aby zrobić coś dla siebie. 

Wiem, że kolejnym krokiem będzie poszukanie porządnej siłowni w okolicy, bo niestety hostka gotuje tak dobrze, że nigdy nie mogę się oprzeć i zjadam te ogromne porcje a potem jęczę że będę gruba. 

W miniony weekend byłam z Pauliną w Boston Harbor, była taka piękna pogoda, że nie warto było siedzieć w żadnym muzeum ani nigdzie bo miałyśmy plan iść do New England Aquarium, ale nie doszłyśmy, tzn. doszłyśmy ale nie wlazłyśmy. Czy tylko mi się wydaje że piszę bez ładu i składu? W niedziele wybrałam się z Mariettą na Harvard Square gdzie odbywał się October Fest:



Nie obyło się bez zakupów chociaż w tym tygodniu spokojnie:

Promocja: 2 za 8$, no nie kupisz? Kupię!

Jak już byłam na Harvard Square to obowiązkowe zaliczenie kampusu Harvardu:




Wnioski po miesiącu? Stanowczo wolę się zajmować całą trójką moich dzieciaków niż tylko małą E. Niestety zdarza się to rzadko, a nawet bardzo rzadko kiedy mam pod opieką całą trójkę. Mała tak strasznie tęskni za rodzeństwem i rodzicami, że jest nieznośna a jak są we trójkę to zajmują się sobą nawzajem a ja tylko się przyglądam i interweniuję w czasie niebezpieczeństw.
Odkryłam też dlaczego mała jest taka niegrzeczna. Od września jest po prostu sama, poprzednia au pair w tej rodzinie zajmowała się głównie małą E. i 5 letnim W. bo G. chodził całe dnie do szkoły. E. i W. są do siebie strasznie przywiązani i ona ciągle się pyta kiedy będą w domu, albo kiedy będzie mama, albo tata. To jest strasznie uciążliwe. 
Co jeszcze zauważyłam? Że podchodzę do tego już jak robot. Nawet przestałam się starać. Po prostu mi się nie chce. To straszna monotonia a najgorsze jest to, że mała E. nigdzie nie chce wychodzić. Jak proponuje, że pójdziemy tu albo tu to ona zaczyna płakać i krzyczeć że chce zostać w domu i czekać na mamę! Bez jaj, czasami to jest nie do wytrzymania.

Dalej nie wiem czy będę tutaj rok. Czy chcę tutaj być rok. Czy dam radę być tutaj rok? Na razie żyję z dnia na dzień i nie myślę co będzie za kilka tygodni czy miesięcy. I takie życia z dnia na dzień bardzo mi odpowiada.

Na koniec filmiki jak ludzie na Harvardzie pomagali ulicznemu grajkowi zarobić parę dolców:




Kocham Cie Mamo ;***






czwartek, 4 października 2012

Saturday, where are you?

Nie pisałam trochę bo w sumie to nie miałam czasu, ostatni weekend spędziłam bardzo intensywnie najpierw na zakupach z Arlette która jest au pair 3 domy ode mnie i bardzo się polubiłyśmy ;) a później przyjechała Ania Ania z którą znam się ze spotkania informacyjnego CC z Poznania i razem przyleciałyśmy do USA. Wpadła tez Marietta i Aneta i tak oto w polskim składzie rozpijałyśmy american beer. Dziewczyny wróciły wcześniej do Belmont a my z Ania ruszyłyśmy w miasto. Niedziela była bardzo ciężkim dniem z racji niewyspania i padającego deszczu. A Ania chciała jak najwięcej zobaczyć, chociaż w sumie dotarłyśmy tylko na Harvard a potem do Cafe Polonia i z powrotem do Downtown na zakupy. Niestety w tak wspaniałym towarzystwie czas leci bardzo szybko więc czas odjazdu Ani busa do Nowego Jorku tak szybko nadszedł, że czułam niedosyt! 

I znów przyszedł poniedziałek... i lubię i nie lubię. Lubię bo przeważnie pracuję tylko około 3 h, a nie lubię bo do soboty taaaak daleko. Co robię z wolnym czasem w poniedziałki? W ten miniony znów pojechałam na zakupy. Oto zestaw za 60 dolarów:





Materiał jest cudowny:




Do tego jeszcze buty (już poza kwotą 60$):



Tydzień jakoś zleciał, mała dalej daje mi w kość, że mam dosyć ale już koniec tygodnia więc wytrzymam. Dzisiaj poszłyśmy z Arlette i dzieciakami do Museum of Science. Będę musiała tam wrócić sama i na spokojnie wszystko pooglądać bo nie da się tak, robić zdjęć, skupiać na oglądaniu i pilnować dziecka/dzieci. Dobrze, że mam tam jakieś 12 min spacerkiem. I membership ;)

To taki wstęp do następnej wizyty tam:









ww. to żywe zwierzę ale nie mam pojęcia jak się nazywa :P


Bostońska mgła -> widok z Museum of Science...cudoo <3

 Mała była tak wykończona, ze jak wróciłyśmy to tylko tv i spanie ;P muszę ją częściej zabierać w takie miejsca bo trochę spokoju i czas szybciej płynie, tylko, że ona ciągle mówi, że nie chce iść na dwór, chce zostać w domu i zaczyna płakać a ja dostaję wtedy szału. Często jest tak, że muszę ją siłą ciągnąc na dwór, bo ona nie chce, ona chce zostać w domu i czekać na mamę! 

Jak jest? Sama zadaję sobie to pytanie, monotonia, nerwy, w tygodniu życie czyimś życiem.. w weekend można sobie odreagować i znów monotonia i tak cały okrągły rok? Zobaczymy!

Wszystkim dziewczynom znajdującym się w re-matchu (a jest ich teraz sporo), życzę powodzenia w znalezieniu nowych rodzin! Albo chociaż szczęśliwego powrotu do kraju, bez żalu! 

Wyjeżdżającym życzę powodzenia i nerwów ze stali!

xoxo